| Tymon Tymański: Nie ma sensu walczyć z katolikami |
|
|
|
| Wpisany przez Administrator |
| Poniedziałek, 13 Sierpień 2007 21:07 |
Z Tymonem spotkaliśmy się przed koncertem, który wraz z Antonim Gralakiem zagrał na rzecz European Buddisth Centre. Być może dlatego rozmowa o muzyce popłynęła w stronę przemyśleń religijnych i politycznych.
Spotykamy się przed koncertem charytatywnym na rzecz European Buddhisth Centre... Mam przyjaciół z sanghi buddyskiej od Olego i właśnie z sympatii do moich przyjaciół z sanghi tutaj gram. Chodzi o kwestie towarzyskie czy ideowe? Tak i tak. Oczywiśćie jako buddysta chętnie się angażuję w takie projekty. Może nie jestem jakimś działaczem czy aktywistą, ale po prostu uważam buddyzm za totalnie słuszną sprawę, więc jeśli można pomóc kolegom to chętnie to robię. Tym bardziej że większość moich przyjaciół buddystów rekrutuje się z sanghi Olego. Nie zawsze się zgadzam z ich liniami ideowymi, bywało że czasami spierałem się z linią główną, ale czy to będzie Antoni Ziutek Gralak, czy Włodek Kiniorski, czy Grzesiu Nawrocki, mój przyjaciel z Gdańska, to są ludzie właśnie od Olego. Właściwie pierwsze nauki buddyjskie, jakie słyszałem to były nauki Olego, więc bardzo chętnie z tą Sangą przystaję. Jakiś czas temu czytałem w gazecie o Ryszardzie M. [bohater piosenki „Wypuśćcie Ryśka Matuszewskiego zespołu Kury – red.] Czy byłbyś w stanie zaśpiewać w tej chwili tą piosenkę? Zaśpiewać nie mogę, bo nie pamiętam tekstu. Zgłosiła się do mnie koleżanka z Zabrza, która chodziła do wspólnoty Matuszewskiego i przedstawiła mi jego sytuację z jednej strony. Przy okazji dziewczyna Jacka Oltera opowiadała mi o jego grupie. Opowiadali mi o Matuszewskim, jak o człowieku przytomnym, który jest takim joginem hinduistycznym przy okazji, mistrzem Aikido, człowiekiem który studiował astronomię, czy coś w tym stylu. To są wszystko takie przekazy oralne, więc mogę czegoś nie pamiętać. Ale głównym tematem tej opowieści była historia szykanowania Matuszewskiego przez kler częstochowski, który zresztą Ziutek Gralak, mój przyjaciel z Yass Ensemble, dobrze zna z różnych mało liberalnych działań. I kiedy dowiedziałem się, że Matuszewski wszedł w jakiś konflikt z jego 'imiennikiem' Izydorem Matuszewskim, który był w tym czasie przeorem Jasnej Góry, stwierdziłem, że warto tego człowieka wziąć w obronę. Dostałem parę artykułów z Newsweeka czy Polityki, które opowiadały o tym, jak Matuszewski walczył z klerem. Wydaje mi się, że w pewnym momencie stracił dystans do tej całej sprawy, bo zaczął im grozić, co było bez sensu. Jakoś wtedy nie wyłapałem tego szczegółu, że nie ma sensu walczyć z katolikami. Tutaj od razu chciałbym taką rzecz powiedzieć, że nie jestem wrogiem katolicyzmu i mam paru przyjaciół katolików, jedynie nie podoba mi się Kościół jako instytucja. I mam nadzieję że ona w ciągu 20-30 lat się zreformuje się tak jak Kościół irlandzki, że przestanie mieć takie wpływy i polityczne, i obyczajowe. Tego sobie bardzo mocno życzę, ponieważ uważam, że jest to instytucja ściemniona, czy jeśli chodzi o celibat, czy w ogóle o wpływ na politykę. A z drugiej strony znam wielu katolików, którzy są świetnymi ludźmi, którzy mnie nie wyzywają od buddoli, ani nie uważają mnie za nie-Polaka. Więc nie mam problemu z katolicyzmem, uważam że można być katolikiem i bardzo inteligentnym człowiekiem, vide Tischner na przykład. Nie ma problemu katolicyzmu czy chrześcijaństwa, jest problem instytucji, czy może pewnych zamkniętych głów. Z Ryśkiem Matuszewskim okazało się, że chyba broniłem nie tego człowieka, co trzeba. Owszem broniłem słusznej idei, bo innowierstwa w Polsce, które cieszyło się tradycjami od czasów braci Arian. Ale Rysiek zrobił mi kawał i kiedy tak go wybroniłem, zaczął wojować na całego, zaczął grozić, straszyć, na nieszczęście również swoich ludzi i zrobił się gościem niepoczytalnym i tutaj niestety już moje wpływy nie sięgają. Jeżeli Rysiek po prostu jest lekko jebnięty, to już nie moja wina. Zostając przy temacie Kur – jest jeszcze jeden tekst, który jest bardzo nośny i był stworzony w tym samym okresie. Dotarła tylko do mnie informacja o procesie i nie wiem jak on się skończył. Chodzi mi o „Telekomunikację”... Ta sprawa się nie skończyła procesem, na nieszczęście, bo miałem ochotę wejść w ten temat. Ja dosyć precyzyjnie stawiam problem, wytaczam działa w sposób dość przemyślany. To nie była sytuacja emocjonalna. Słyszałem taki zarzut, że kiedy Kozyra, czy Nieznalska powie coś na przykład na temat obyczajowy, to ma problem potem w sądzie, a Tymański nie ma, bo jest facetem. Mi się wydaje, że to jest kwestia przemyślenia tego wszystkiego, jeśli nie przemyślimy cały całej sytuacji i jej kontekstów, to może się zdarzyć, że się ktoś przyczepi. Ta sprawa z Telekomunikacją Polską była dobrze umotywowana, argumenty tam padły i mimo że były może podane w sposób niecenzuralny – były zasadne. Przy okazji nie było nazwy firmy podanej itd, prawnik by to pewnie lepiej objaśnił, ale właściwie nie mieli się o co doczepić. Owszem, skończyło się polubownie, był nawet telefon, razem z niejakim panem Potockim, rzecznikiem, rozmawialiśmy na temat ewentualnego procesu. On mi powiedział, że nie będzie mi tego przywileju dawał, bo to jest reklama pana Tymańskiego, a ja uważałem po prostu, że nie ma nic do powiedzenia, bo mam rację i tepsa jest paskudnym monopolistą. Wracająz do muzyki... Zastanawiam się, czego jeszcze nie grałeś? Klasyki nie grałem. Chociaż nie – grałem muzykę klasyczną w szkole muzycznej przez 3 lata. Grałem Carcassiego, Caroliego i Sora, ale nie byłem wybitnym wykonawcą tejże. Popu nie grałem chyba. Nie nadaję się do popu, nie mam takiego głosu jak np. Piasek, albo Kazimierz Brodka. W ogóle jestem fanem bardziej Boba Marleya czy Boba Dylana i Kazimierza Deyny, niż Whitney Houston. Nie interesuje mnie piękna twarz i piękny głos, bo uważam, że to nie jest coś, na coś się zarobiło. To coś co się ma, a interesuje mnie praca mentalna, którą człowiek robi podczas życia i to, co ze sobą zrobi, jak wykorzystując swój potencjał, a nie to, co dostaje poniekąd z góry. Tak jak ładna dziewczyna, czy facet obdarzony zajebistym głosem czy przyrodzeniem – dostał to i super. Lepiej z małego wacka zrobić dużego, ciężką pracą – nie wiem jak. Czy jest jakiś gatunek, oprócz popu, który wykluczasz, czy jest możliwość, że zobaczymy kiedyś hiphopowca Tymona Tymańskiego? Co ty, hip hop nie jest moim gatunkiem. Doceniam dokonania Fisza, czy OSTRego, uważam że to jest fajna muzyka, szczególnie gdy hiphopowcy są douczeni, a akurat w ich przypadku trudno mówić o amatorce. To są ludzie naprawdę osłuchani, z dużym szacunkiem i pokorą i dla jazzu i dla klasyki. W takim sensie muzyka hiphopowa ma głębię i na pewno ma szanse rozwoju, ale to nie jest moim gatunkiem. Ja mogę gadać tutaj, gdybyście rzucili beat, to może by się ułożyło w jakąś frazę, kto wie? Ale lubię gadać poza muzyką, muzycznie wolę krótkie komunikaty liryczne, piosenki. A bardziej stawiam na muzykę, a w hiphopie tej muzyki tak dużo nie ma, to jest przekaz, klimat. Hiphop się opiera na groovie, na rytmie, na pewnym tanecznym feelingu, a muzyka jazzowa jest bardziej zależna. Biodro Records jest wytwórnią, w której debiutowały zespołu, które w tej chwili są w czołówce: Ścianka, Pogodno, Kobiety. Teraz też szykują się bardzo ciekawe płyty: Bajzel, Prząśniczki, Sensorry. To są wszystko świetne kapele. Czy są jakieś plany dotyczące innych artystów i jak odbywa się proces rekrutacji do Biodra? Jestem dosyć szybki jeśli chodzi o podejmowanie decyzji. Jak chodzi o Bajzla, to słyszałem wiele ciepłych słów pod adresem tego wykonawcy po koncertach zespołów Pink Freud, Ziutka Gralaka, Pogodno mi mówiło też, że grał przed nimi jako support. Bajzel grał przed Transistorsami w Kluczborku i muszę powiedzieć, że prawie nam ukradł show, taki był dobry. Więc musieliśmy się spiąć, wypić parę browarów, żeby zamazać pamięć o jego występie. Po koncercie podszedłem do niego i powiedziałem „chłopaku jesteś bardzo dobry, jeśli chciałbyś wydać płytę, to dzwoń do mnie bo naprawdę to co robisz jest świetne”. Słyszałem dużo wpływów, które są mi bliskie od Nirvany przez Syda Baretta, którego on w ogóle nie znał. Ostatnio rozmawiałem z nim na ten temat, że facet który stworzył Floydów, a potem zniknął jako wariat, po czym Floydzi zdechli muzycznie. A to był świetny i kreatywny wariat. Ta muzyka Bajzla czasem mi się wydaje taka anglosaska. Jest tam też i Sonic Youth i inne rzeczy. A przede wszystkim jest oryginalny. Muzyka w Polsce mam nadzieję, że znajdzie rację bytu, bo u nas się właściwie nie słucha muzyki. U nas rządzi tekst, kabaret (to jest takie moje przekleństwo). Bajzla od razu łyknąłem. Z kolei ostatnio parę dni temu Antoni Ziutek Gralak puszczał mi materiał niejakiego Jacka Bieleńskiego z Łodzi Kaliskiej – takiego starszego już muzyka, weterana sceny łódzkiej, który napisał kiedyś tekst „Dentysta sadysta”. Scenarzysta, aktor, literat, muzyk, wszystko razem. On ma chyba z 55 lat w tej chwili, to jest taki łódzki Waits. I Ziutka Gralaka produkcja przypadła mi do gustu w ciągu 15 minut i powiedziałem, że wydajemy to na jesieni. Jest dużo tych ciekawych, nowych rzeczy. Podróżuję sporo po Polsce i słucham różnych rzeczy, dostaję jakieś dema i jeżeli jest to gotowe, jeżeli jest to świerze, to na pewno mojemu uchu nie ujdzie. Mam wiele różnych wad, nie znam się, tak jak udaję w Łosskocie, na wielu rzeczach: ani na literaturze, ani na filmie czy na teatrze. Ale jeśli chodzi o muzykę to wydaje mi się, że jestem bystrzakiem i wystarczy mi 10 sekund, żeby ocenić, czy coś jest wartościowe, czy nie. Czy to będzie klasyka, czy to będzie jazz, czy to będzie pop. Po prostu zbyt długo w tym biznesie siedzę. Kieruję się przede wszystkim intuicją, mam jakąś wiedzę muzyczną, ale interesuje mnie stosunek wiedzy, doświadczenia do oryginalności, do świerzości przekazu. To się szybko łapie, czy ktoś jedzie kalką, czy naprawdę ma coś do powiedzenia. Daję każdemu kilkanaście sekund i wiem, czy to jest dobre czy nie. I to nie jest kwestia głosu, ani dobrego wykonania, chociaż na pewno to też jest istotne, bo człowiek nie może być absolutnym amatorem, jeśli chodzi o granie. Więc sporo takich demo mam w domu, przesługuje i z reguły mało kto jest gotowy. Tak było z Pogodno, które początkowo mi się jawiło jako zespół fajny, transowy, ale Budyń jeszcze nie śpiewał tak fajnie. Mieliśmy taką dyskusję na ten temat, to się obraził na mnie, ale potem przyniósł kolejne demo pierwszej płyty, gdzie zaśpiewał już zawodowo i od tej pory obserwowałem, jak zespół Pogodno na scenie stawał się jedną z najlepszych zespołów koncertowych w Polsce. Oczywiście oni odeszli od nas, bo nie byliśmy w stanie sprostać ich oczekiwaniom. Zrozumiałe, że apetyt rośnie w miarę jedzenia i byliśmy tylko małą wytwórnią. Ale mogę powiedzieć, że jestem dumny z tego, że z reguły miałem dobre trafy i jednak na 10 przypadków 7 czy 6 jest trafionych. To jest moja satysfakcja, że znajdujemy kapele, które potem święcą triumfy i są godnymi reprezentantami sceny polskiej. Teraz o Tranzystorach. Pierwsza płyta – nasuwały się skojarzenia z Kurami, chociażby w warstwie tekstowej, jednak druga płyta jest bardziej poważna i w warstwie muzycznej jest bardziej gitarowo i mniej jajcarsko. To jest pewnie zamierzone, ale chciałbym usłyszeć trochę więcej na ten temat... Mam taki pomysł na Transistors, żeby ta kapela nagrała dwadzieścia płyt i żeby każda z nich była inna. Żeby ten zespół przeobrażał się od takiej muzyki prostej, beatlesowskiej, czy rubasznej, poprzez brzmienia proste, hardrockowe, aż do jakichś zappowskich rzeczy, czy wręcz jazzawych. Uważam, że to jest fajny pomysł, ponieważ rock nie jest dla mnie sferą, w której się wszystko wydarzyło. Teraz jest dużo kapel, które czerpią wiele z tego, co już było, ale właściwie nic nowego się nie wydarza. Jest dużo takiej syntezy, ale nie ma charyzmatyka na miarę Cobaina, czy Jeffa Buckleya. Wszystko jest na zasadzie: trochę Beatlesów, trochę Stonesów, troche Nirvany, trochę Queens Of The Stone Age, ale może przez wzgląd na brak osobowości w rockandrollu nic nowego nie przedstawia. I stąd pomysł na zespół, który gra z płyty na płytę coś innego i szuka tam, gdzie się właściwie już nie szuka. Podobnie jak rzeka, gdzie się szuka złotych nagetów jest już przeszperana i nie spodziewasz się tam znaleźć bogactwa, a czasem bogactwo jest w takich najbardziej oczywistych miejscach. Jak ci się pracuje w telewizji? Dobrze. Bardzo lubię pracować za dobre pieniądze i to jest bardzo przyjemne. Długo to nie będzie trwało, ale rok, dwa popracuję. Telewizja jest fajnym medium. Dla mnie jest to nauka wielowarstwowa: pierwsza sprawa – nie musze tylko martwić się o zarabianie tylko z koncertów, co zawsze jest takim wydarzeniem sinusoidalnym – raz kasa jest, raz jej nie ma. Tu jest płatność co miesiąc, co jest ważne, bo ja te płatności zamieniam na inwestycje biodrowe. I nagle staję się potentatem, bo mogę tę płytę sfinansować, mogę tamtą i nie martwię się o sponsorów. To jest zajebiste. Druga sprawa – wiadomo, że jest się w centrum uwagi i jak pojawia się płyta, albo taka nagroda, jaką dostaliśmy w Chicago, to mamy od razu kolejny rok zaufania w telewizji i to jest rok który można poświęcić na autopromocję, na promocję kolegów typu Mitch & Mitch, czy Bajzel, czy Von Zeit, Pink Freud. Ludzie dzwonią, proszą, żeby to pokazać w Łossskocie. I ja trzy czwarte rzeczy, które cenie – pokazałem do tej pory. Myślę, żę promujemy fajne rzeczy i to mnie cieszy. Kolejna sprawa, to jest autorozwój, który polega na tym, że trzeba bardzo dużo czytać, nie wszystko mi się udaje, ale musiałem przeczytać chociaż część Dantego, czy Virginię Woolf, takie rzeczy które zawsze chciałem przeczytać, a nie było na to czasu. Teraz po prostu muszę i jest to rodzaj doktoratu na zielonej trawce. Są też kolejne nauczki z tego typu praca z kamerą, że muszę grać etiudy, że mam słabą dykcję i muszę zwalniać tempo i powtarzać to jeszcze raz i jeszcze raz. Mam nadzieję, że po roku będę miał już niezłą dykcję. To są zajebiste rzeczy i się naprawdę tego nie wstydzę. Są pytania typu „co robicie w telewizji, podczas kiedy Polską rządzą Kaczyńscy i jesteście wentylem bezpieczeństwa, bo telewizja trąci pisowską ideologią?” I to jest prawda. Nawet Maciek Chmiel jest poplecznikiem PiS-u, a Jacek Dehnel jest zupełnie z innej mańki i ja też. To jest właśnie pytanie, czemu akurat w tym momencie nas dopuszczono do telewizji – na przykład mnie wcześniej nie promowano, za mojej ulubionej Unii Wolności i liberałów jakoś nie proponowano mi takiej roboty. A teraz przyszedł PiS do władzi i Tymański świr jest w telewizji. Dobre pytanie. Może sytuacja nie jest tak zła, jak się wydaje. Ja oczywiście nie jestem apologetą PiSu i braci, ale są bardzo różne aspekty tego, na przykład mój prywatny jest taki, że wreszcie mogę robić co chcę i mi jest dobrze. Już nie mówiąc o tym, że będzie Euro 2012, co oczywiście nie jest zasługą PiSu. Kaczyńscy pewnie zostaną szefami PZPNu, bliźniakami. To będzie ciekawe. rozmawiał: Jarek Krawczyk |



Z Tymonem spotkaliśmy się przed koncertem, który wraz z Antonim Gralakiem zagrał na rzecz European Buddisth Centre. Być może dlatego rozmowa o muzyce popłynęła w stronę przemyśleń religijnych i politycznych.
