Tymon & The Transistors: Bigos klasyczny PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jarek Krawczyk   
Piątek, 22 Styczeń 2010 00:00

Jeśli ktoś zapadł w sen zimowy po wydaniu „Wesela” w 2004 roku i właśnie się obudził – może po wysłuchaniu tej płyty być nieźle zdziwiony. Takie zdziwienie ogarnęło wielu recenzentów i internautów, dla których „Bigos Heart” jest zaskakująca. Konsternację wywołuje prosty fakt: nie dość, że niemal wszystkie utwory są śpiewane po angielsku, to w dodatku nie ma ani słowa o „smażeniu tłuczonego szkła”, ani „sielskiej pupie w sianie” i cellulitisie. Tak jak by zespół Tymon & The Transistors nie wydał płyty „Don't Panic We're From Poland”, albo byłaby ta płyta zbiorem pastiszów, prześmiewczych tekstów i szalonych żartów. Nie rozumiem zamieszania, przecież Tymański w swych różnych projektach nigdy nie odżegnywał się od grania poważnego, a zamiar śpiewania głównie po angielsku głosił już parę lat temu, choćby w wywiadzie dla brzmienia.pl. Jedynym prawdziwym zaskoczeniem w przypadku „Bigos Heart” jest dla mnie to, że ten album jest taki... grzeczny, że trudno uwierzyć że spłodził go wiecznie niespokojny Tymon.

We wspomnianym wywiadzie z połowy 2007 roku tak opisywał on plany zespołu na przyszłość: „Mam taki pomysł na Transistors, żeby ta kapela nagrała dwadzieścia płyt i żeby każda z nich była inna. Żeby ten zespół przeobrażał się od takiej muzyki prostej, beatlesowskiej, czy rubasznej, poprzez brzmienia proste, hardrockowe, aż do jakichś zappowskich rzeczy, czy wręcz jazzawych. Uważam, że to jest fajny pomysł, ponieważ rock nie jest dla mnie sferą, w której się wszystko wydarzyło. Teraz jest dużo kapel, które czerpią wiele z tego, co już było, ale właściwie nic nowego się nie wydarza. Jest dużo takiej syntezy, ale nie ma charyzmatyka na miarę Cobaina, czy Jeffa Buckleya. Wszystko jest na zasadzie: trochę Beatlesów, trochę Stonesów, troche Nirvany, trochę Queens Of The Stone Age, ale może przez wzgląd na brak osobowości w rockandrollu nic nowego nie przedstawia. I stąd pomysł na zespół, który gra z płyty na płytę coś innego i szuka tam, gdzie się właściwie już nie szuka.”

Efektem tych poszukiwań jest płyta na której, przyjmując Tymona kryteria, jest... trochę Beatlesów, trochę Nirvany, a przy odrobinie dobrej woli nawet Queens Of The Stone Age da się znaleźć. Beatlesi obecni nie tylko w piosence „Pete Best Was Good Enough” poświęconej byłemu perkusiście grupy, lecz duch czwórki z Liverpoolu faktycznie unosi się nad całością. Sposób prowadzenia harmonii i aranżacji jest całkiem beatlesowski i tak właśnie brzmią nawet starsze utwory, które Tymański wykonywał w zamierzchłych czasach z grupami Czan czy Trupy. Czy to źle? Niekoniecznie.

To bardzo solidny album. 12 zgrabnych utworów, bez żadnych mielizn i wypełniaczy. Piosenki raz dryfują w stronę reggae (Bigos Heart), innym razem w kierunku grunge'u (Goodbye), jednak w swej istocie są bardzo klasyczne. Należy wspomnieć także o gościach zespołu biorących udział w sesji: Leszku Możdżerze i Grzegorzu Halamie, który przypomniał, że zanim zajął się kurczakami potrafił całkiem dobrze śpiewać.

Sam Tymański uznaje „Bigos Heart” za najbardziej dojrzałą płytę w swoim dorobku. Jeśli owa dojrzałość ma polegać na samoograniczaniu się, powstrzymywaniu od kombinowania i popisów, należy się z Tymonem zgodzić. Sam, by zachwycić się tym bigosem sam muszę jeszcze parę lat dojrzewać, bo wciąż brakuje mi czegoś, czego w twórczości Tymańskiego było zawsze pod dostatkiem: nieprzewidywalności i nieszablonowości, eksperymentów i odrobiny szaleństwa.