Wołyniec: Sukces ma wielu ojców PDF Drukuj Email
Wpisany przez Jarek Krawczyk   
Środa, 20 Styczeń 2010 13:20
Bartłomiej Wołyniec - Wirmentacha
Bartłomiej Wołyniec - Wirmentacha

Niecały rok temu widziałem go na koncercie. W poznańskim Brogansie poprzedzał występy zespołów Folder i Alien Autopsy. Osamotniony na scenie Bartłomiej Wołyniec grał swoje piosenki, a nastrój jego muzyki skutecznie niszczyły rozmowy czekającej na kolejne występy (nielicznej w dodatku) publiczności. Artysta jakby nie przejmując się powszechnym olaniem, kontynuował swój set w nieskończoność. Beznadziejny brak atmosfery przeszkadzał mi jako słuchaczowi na tyle, że po kilku utworach, lekko znudzony, zacząłem zapoznawać się w praktyce z menu brogansowego baru. A dziś zachwycam się jego płytą.


Może nie jest to zachwyt absolutny, zdecydowanie nie jest to jeszcze płyta genialna, ale muzyczna wyobraźnia Wołyńca połączona ze studyjnymi możliwościami obróbki dźwięku i aranżowania utworów na dowolne sposoby pokazała coś, czego w Brogansie widać nie było: że ten młody człowiek ma niesamowity talent.


„Nieślubne dziecko Thoma Yorke'a i Johna Frusciante” - takim hasłem promowana jest debiutancka płyta artysty - „Wirmentacha”. Klimat robi się seksualnie niepewny już po włączeniu pierwszego utworu, który zdaje się sugerować, że prócz dwóch wymienionych panów swoje geny przekazał Wołyńcowi także nieżyjący od niemal czterech lat Syd Barett! Nie wnikając w szczegóły „płodzenia” pochodzącego ze Szczecinka muzyka, muszę stwierdzić, że w końcu pojąłem co znaczy przysłowie o sukcesie, który ma wielu ojców.


A teraz konkretniej: „Wirmentacha” to 7 utworów, które trwają 34 minuty z sekundami. Wypełniają je głównie powolne, nastrojowe piosenki. Niektóre nawet w miarę przebojowe, inne nastawione bardziej na eksperymentowanie z głosem (mimo że te najwyższe rejestry nie należą do moich ulubionych – skala artysty robi wrażenie), a także innymi instrumentami i studyjnymi efektami . Zabaw w puszczanie ścieżek od tyłu, zapętlanie fragmentów utworów itp. na tej płycie nie brakuje. Może trudno mówić o nowatorstwie, ale na pewno o widocznym dążeniu Wołyńca do tworzenia czegoś nowego, składania znanych wzorców w nową jakość. Czasami jednak – i tu zrzuciłbym winę na karb młodości – w tych eksperymentach lekko przesadza. Trzeci na płycie utwór „It is representing the force of the milions birds eaten by the cats” jest równie długi jak jego tytuł i choć pomysł na niego był niezły, efekt jest nudny, zalatuje „muzyczną grafomanią” i bezpodstawnym samozachwytem. Podobnie ostatni „My Name” - chyba nigdy nie zrozumiem, po co został umieszczony na tej płycie, może po to by podkreślić jaka to ona jest alternatywna. Pozostałe piosenki, bez wyjątku, rekompensują jednak te zgrzyty.


Nagrać taki album w wieku 19 lat to prawdziwa sztuka. W dodatku „Wirmentacha” daje podstawę do przypuszczeń, że muzyk nie pójdzie w ślady Mike'a Oldfielda i jego artystyczny rozwój nie zakończy się tak wcześnie. Jak wszystko dobrze pójdzie – następna płyta będzie jeszcze lepsza. A Barłtomiej Wołyniec ma szansę w przyszłości stać się ważną postacią polskiej alternatywy i świetnym producentem. I tego mu życzę.